niedziela, 21 grudnia 2025

IV niedziela Adwentu, rok A

 Liturgia słowa: Iz 7, 10-14; Ps 24, 1-6; Rz 1, 1-7; Mt 1, 18-24

Jako mała dziewczynka kochałam zaśnieżone ulice, białe zaspy na chodnikach, niebieskawy zmrok, który nigdy nie był całkowitą ciemnością... przezroczyste lodowe sople zwisające z dachów kamienic, mroźny podmuch powietrza wdzierający się przez drzwi i ciepło kaflowego pieca. Najbardziej lubiłam czekać i wypatrywać  pierwszej gwiazdki migoczącej na niebie, delikatnego dzwoneczka u sań... Wszystko było takie niedopowiedziane, tajemnicze, nie do końca zrozumiałe i niewyjaśnione - i zawsze okazywało się, że przegapiałam moment, kiedy prezenty pojawiały się pod choinką, a dziadek co roku pokazywał mi a to ślady butów na balkonie, a to anielski włos uczepiony gałęzi świerka... znak, że przecież Aniołek był, że istnieje; znak podsycający moją dziecięcą wiarę w cuda i naiwną pewność, że za rok na pewno się uda...

Dziś jeżę się, kiedy dostaję taki wyraźny sygnał... Poddaję go wątpliwościom i racjonalizacji. Wydaje mi się zbyt oczywisty - a może sama sobie wydaję się zbyt naiwna, by przyjąć go z wiarą, dziecięcą ufnością i radością...? Wolę utarte ścieżki, pewne i sprawdzone metody, bo przecież znam swoje ograniczenia, widzę niedoskonałość moich starań i marność wysiłków. I tak zamykam się na znaki Bożej obecności, buduję sobie mury i murki, nie staram się nawet wyjść i spróbować spojrzeć inaczej, Jego oczyma...

Proś dla siebie o znak od Pana... ale jak to? Po co? Przecież błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli... Przecież moja wiara nie potrzebuje znaków... jest sumą decyzji, kalkulacji, przekonania i wyborów... Nie będę prosił i nie będę wystawiał Pana na próbę - jakże bliskie mi są słowa Achaza. I jak wiele w tym pychy... Ile przekonania, że tylko to, co sama wypracuję, wymyślę, zobaczę ma znaczenie... Na szczęście Bóg kocha mnie o wiele bardziej i doskonalej niż ja kiedykolwiek będę w stanie kochać - dlatego Pan sam daje znak... mimo moich wątpliwości i oporów, mimo mojego sprzeciwu i buntu. On lepiej wie, że go potrzebuję, choć nie zawsze potrafię przyjąć i otworzyć swoje serce na Jego obecność.

Emmanuel, to znaczy Bóg z nami - nie gdzieś daleko w niebieskich przestworzach, ale tu, w codziennej bieganinie i szarości - mojej i Twojej. W spóźniającym się autobusie, dzięki któremu możesz porozmawiać z kimś chwilę dłużej, w nieodśnieżonych chodnikach, dzięki którym masz szansę pomóc komuś dojść do sklepu, przystanku, apteki... w wirującym wokół własnej osi świetle roratniego lampionu, dzięki któremu zaczynasz się uśmiechać do własnych wspomnień... 

Bóg z nami - w tym, co zwykłe i niezauważalne, ale też w tym, co wykracza poza nasze zdolności poznawcze, co budzi w pierwszej chwili zdziwienie, niedowierzanie, bo nie mieści się - ani w głowie, ani w sercu, jest zbyt... wielkie, zbyt piękne, nienazywalne - oto Dziewica pocznie... 

Bóg z nami - zawsze tak samo obecny w swoim Słowie, żywy i prawdziwy, stale obdarowujący nas Sobą, swoją bezwarunkową miłością, z ludzkiego punktu widzenia zupełnie niedorzeczną. 

Bóg z nami - w znakach, których potrzebujemy, by nasza wiara mogła wzrastać - znakach, które dodają sił i pewności, że On się zbliża, że już niedługo zobaczymy Go na własne oczy... Pan chce Ci pokazać, że Cię kocha, że nie zapomina o Tobie, że zawsze jest obok - na wyciągnięcie ręki, na prośbę, na zawołanie...












niedziela, 20 kwietnia 2025

Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, rok A.

 Liturgia słowa: Dz 10, 34a.37-43; Ps 118, 1b-2.16-17.22-23; Kol 3, 1-4; Łk 24, 1-12

Słońce rozpoczyna i kończy swoją wędrówkę po niebie. Ludzie się rodzą i umierają. Ktoś płacze, ktoś inny się śmieje. Pachnie ziemia, szeleszczą liście poruszane wiatrem. Życie toczy się dalej. Trzeba wrócić do swoich zajęć - łowienia ryb, rachunków, pracy w polu. Trzeba żyć... Wykonało się. Pasterz odszedł. Król śpi. W ogrodzie, wśród szemrzących cicho drzewek oliwnych, w grobowcu zastawionym ogromnym głazem. Już nic nie da się zrobić - i On już niczego nie zrobi. Nie nastąpi żaden cud. Niewidomy nie zobaczy stosu kolorowych owoców spiętrzonych na straganie, głuchy nie usłyszy przedwieczornego śpiewu ptaków, niemy nikomu nie powie, że kocha... Przecież tyle jeszcze mogło się zdarzyć, los tylu ludzi mógł na zawsze się odmienić... 

Bezradność... To takie trudne - nie mieć zupełnie żadnego wpływu na sytuację, nie kontrolować jej, nie móc niczego dodać, niczego zmienić... można tylko czekać. I milczeć - bo słowa nie są w stanie oddać całego wachlarza uczuć, które gdzieś kłębią się w sercu. To mieszanka rozczarowania, bólu, smutku, rezygnacji przy jednoczesnej chęci zrobienia czegokolwiek... wszystko jednak wydaje się jałowe, pozbawione sensu, smaku i wartości. Zewsząd napływają wspomnienia - czyjeś wołanie brzmi jak Jego głos, czyjeś oczy patrzą z podobną przenikliwością - tak jakby za chwilę miał stanąć tuż obok, popatrzeć na jezioro, uśmiechnąć się i dać hasło do wyruszenia w drogę... Ale to niemożliwe. Jest grób - i ciało w grobie. 

Bezradność... To też jest trudne - stanąć w obliczu sytuacji, z którą nie wiadomo, co zrobić. Tak, jest grób. Ten sam od trzech dni, w tym samym miejscu. Ale nie ma w nim ciała... Co zrobić z tym faktem? Co powiedzieć? Jak? W sercach niewiast panuje chaos... strach, niedowierzanie, niepewność, zaskoczenie. Brakuje słów. Co teraz? Dokąd iść? I jeszcze ci mężowie w lśniących szatach... czy to złudzenie? Gdzieś głęboko rodzi się nadzieja, zielona jak źdźbło wiosennej trawy... Syn Człowieczy musi być wydany w ręce grzeszników i ukrzyżowany, lecz trzeciego dnia zmartwychwstanie - czy to głos? Czy myśl? Czy szelest liści? Cokolwiek to jest - nie daje jednak spokoju, rezonuje w uszach, głowach, sercach - by powrócić jako przekonanie, że oto nie ma Go tutaj, zmartwychwstał. Kobiety biegną więc, by podzielić się tą nowiną z apostołami... i trafiają prosto w ich bezradność. 

Żeby zmartwychwstać z Jezusem, trzeba najpierw z Nim umrzeć. Zgodzić się na to, że On wie lepiej. Zaakceptować Jego wolę. Poddać się Jego światłu. Żeby zmartwychwstać, trzeba pójść dalej, nie oglądać się ciągle wstecz, nie szukać żyjącego wśród umarłych. Żeby zmartwychwstać, trzeba pogrzebać to, co stare, grzeszne, ukrzyżować dawnego człowieka i dążyć do tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus. Żeby zmartwychwstać, trzeba dać się poprowadzić sercu... nie uczuciom, nie rozumowi, ale właśnie sercu, w którym rodzi się i dojrzewa wiara, nieśmiało kiełkuje nadzieja i ciągle tli się ogień miłości - bo Miłość zawsze i wszystko zwycięża. Nawet śmierć. Zwłaszcza śmierć...



PS Życzę Wam, żebyście zmartwychwstali z Panem - niech Jego światło przemienia Wasze życie, a Jego miłość uzdalnia Was do dawania siebie nawet wtedy, gdy czujecie się bezradni. Prawdziwie, Chrystus zmartwychwstał! 




sobota, 13 maja 2023

VI niedziela wielkanocna, 14.05.2023r.

 Liturgia słowa: Dz 8, 5-8.14-17; Ps 66, 1-7.16.20; 1 P 3, 15-18; J  14, 15-21

Czasem wystarczy jedno zdanie. Parę wyrazów splecionych w melodię, która porusza serce. Wydawać by się mogło, że to za proste, zbyt banalne, oczywiste, może nawet nieco naiwne - a jednak właśnie te rzeczy sprawiają, że przekaz brzmi czysto i pięknie - jak dźwięczny śpiew skowronka nad jasnozielonym polem. 

W dzisiejszej ewangelii urzeka mnie właśnie ta prostota. Najpierw - niepozorne przyimki nagromadzone w paru zdaniach jak nasionka w puszystej kuli dmuchawca. Ileż treści kryje się w tych wyrażeniach - u was, w was... Cały ocean Bożej miłości i czułości zamyka się w tych słowach i wskazuje, że ten nieogarniony i niepojęty Bóg mieszka u Ciebie, w Tobie. Nosisz Go w swoim sercu, przebywa i jest w Tobie - Paraklet, Duch Prawdy, Pocieszyciel - niewidoczny, ale dyskretnie obecny, jak muśnięcie wiatru na rozgrzanej słońcem skórze. 

Potem - zdania pojedyncze, krótkie i mocne jak miarowe bicie serca. Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was. Minimum słów, maksimum treści - te słowa nadają rytm. Mocne i konkretne, dotykają tego, o czym czasem boisz się myśleć... są prostym i pewnym lekiem na poczucie samotności, odrzucenia, bezużyteczności. Dają nadzieję na przyszłość, możesz oprzeć się na nich, chwycić je jak linę ratunkową rzuconą w dół przepaści. Nie ma w nich żadnego jeśli, żadnego ale, żadnego o ile... Są pewne - jak pewne jest, że kto (Jego) miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca... 

I na koniec - logika. Przyczyna i skutek, przesłanka i wniosek... Wzór najprostszy z możliwych. Wystarczy podstawić dane, a wynik zawsze będzie ten sam. Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Ja jestem w Ojcu moim, a we we Mnie i ja w Was. Zamknięty obieg Bożej miłości, która w niezwykły sposób wypełnia każdego z nas tak samo - bo i Tobie, i mnie, i każdemu, kto miłuje Pana, On objawi siebie...

Bez metafor i ozdobników, bez obrazów i poetyckich słów - a jednak niezwykłe jest to Słowo... Bo czasem tak niewielu słów trzeba, by nadać życiu sens, wskazać drogę, umocnić i pocieszyć... reszty dokona On - Paraklet, Duch Pocieszyciel.



sobota, 1 kwietnia 2023

Niedziela Palmowa (Niedziela Męki Pańskiej), 02.04.2023r.

 Liturgia słowa: Iz 50, 4-7; Ps 22, 8-9.17-20.23-24; Flp 2, 6-11; Mt 27, 11-54

Na początku jest tak pięknie... Wszystko wychodzi tak, jak powinno. Słowa niosą nadzieję, pocieszają, pomagają wstać i ruszyć z miejsca... podnoszą na duchu, dodają odwagi i sił... Bóg jest stale obecny, jest tak blisko, na wyciągnięcie ręki... Jego głos jest doskonale słyszalny, wyraźny, krystalicznie czysty - dźwięczy w uszach jak śpiew skowronka. Tak łatwo wtedy iść i głosić - rozdawać usłyszane słowo, rozrzucać je jak ziarno - wypełnione po brzegi serce rwie się do działania, dawania świadectwa; słowa układają się w zdania, miłość Boża jak wezbrana rzeka przelewa się z serca w serce i dokonuje cudów... Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał pomóc strudzonemu krzepiącym słowem -  jest tak dobrze, tak pewnie, tak bezpiecznie... Ta misja to zaszczyt - bo czy może być coś piękniejszego od zadania, by pokazać komuś, jak bardzo Bóg kocha? Czujesz się tak, jakbyś unosił się kilka metrów nad ziemią - Pan do Ciebie mówi! On jest! Ma dla Ciebie plan, zadanie - i to takie wyjątkowe... będziesz pomagał innym! Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi...

A potem - cisza... biały szum zepsutego radia... milczenie, z którego nie można niczego wyczytać. Kolejny ranek, kiedy niczego nie słyszę, choć ze wszystkich sił otwieram ucho... próbuję wyłowić Jego głos spośród szumów i trzasków. Zastanawiam się, co się zepsuło... czy to moja wina? Czy mogę to naprawić? Jak? Szukam Jego głosu wszędzie - ale spośród szumów i trzasków nie udaje mi się wydobyć żadnego słowa. Żaden dźwięk nie brzmi znajomo. Czuję się opuszczona, samotna, porzucona... nagle zaczyna mi przeszkadzać panujący wokół hałas, kakofonia odgłosów - bo tak bardzo chciałabym Go jeszcze raz usłyszeć... Niech będzie to choćby szept, choćby kilka wyrazów, które - jak kiedyś - wskażą kierunek, umocnią... Czy jesteś - czy ciągle jesteś...? 

Sfora psów mnie opadła - a Ciebie nie ma. Otoczyła mnie zgraja złoczyńców - a Ty nie reagujesz...  Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił? Gdzie jesteś? Tak bardzo Cię teraz potrzebuję... Dlaczego nie ma Cię przy mnie w takiej chwili? Dlaczego nic nie mówisz? Dlaczego na to wszystko pozwalasz? Zaufał Panu, niech go Pan wyzwoli, niech go ocali, jeśli go miłuje... no właśnie... czy Ty mnie jeszcze kochasz...? Jeśli Ci na mnie zależy - zrób coś...

Teraz nie ma już słów. Nie ma głosu. Nie otwiera się niebo. Nie przychodzi Eliasz. Odpowiedzi Jezusa są lapidarne - albo nie ma ich wcale. Oskarżany, wyśmiewany, opuszczony przez wszystkich Mesjasz milczy. Nie broni się, nie wykorzystuje okazji, by kogoś przekonać, usprawiedliwić się... Zdradzony, wzgardzony i wyszydzony wyrusza na Golgotę. Krople potu i krwi znaczą Jego drogę. Upada - by po chwili się podnieść. Nadal milczy. Napięcie narasta, gęstnieją chmury, dziwna ciemność ogarnia cały świat. Z głębi tej ciemnej i głuchej nocy wydobywa się krzyk - skarga? Prośba? Wyrzut? Eli, eli, lema sabachthani? I znowu - cisza... 

Bycie z Bogiem nie oznacza, że zawsze będzie łatwo. Nie zawsze będziesz słyszeć Jego głos. Nie zawsze będziesz mieć pewność, że On jest. Nieraz zwątpisz - bo o ile łatwo jest przyjąć od Niego to, co dobre - o tyle trudno to, co sprawia ból... o ile łatwo jest wierzyć, gdy Pan jest blisko - można Go usłyszeć, ucieszyć się dobrem, które czyni - o tyle trudno uwierzyć, że kocha Cię, gdy tego nie czujesz, gdy cierpisz, gdy wydaje Ci się, że to już koniec... Twoje cierpienie może mieć sens - nawet jeśli tego nie widzisz. Przez krzyż i mękę Jezus odkupił świat - i nie chodziło tylko o fizyczny ból... bo czasami to, co w środku, jest najtrudniejszym krzyżem i najcięższą męką...

 




sobota, 25 marca 2023

V niedziela Wielkiego Postu, 26.03.2023r.

 Liturgia słowa: Ez 37, 12-14; Ps 130, 1-8; Rz 8, 8-11; J 11, 1-45

Czasem wydaje się, że wszystko już skończone. Na telefonie brak nowych powiadomień, połączenie wychodzące jak syrena okrętowa śle w eter błagalne wołanie o odpowiedź, ale bez skutku. Samotność staje się nagle jak za ciasna klatka, w której szamoce się schwytany w niewolę przerażony ptak. Pustka - i cisza tak głośna, że wydaje się krzyczeć. Niemal namacalna wielka nieobecność. Poczucie klęski i zawodu. Grób - i kamień na grobie.I nie ma już nic... Przez jakiś czas żyje się jak w bańce albo w próżni, do której nie docierają żadne zewnętrzne sygnały. Ale w końcu nastaje moment, gdy bańka pęka - wtedy budzi się pamięć. I emocje. Rozpacz, żal, tęsknota, złość - to mieszanka wybuchowa, bomba z opóźnionym zapłonem, którą uruchomić może jeden przypadkowy impuls... Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł...  Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?

Łazarz zasnął po ciężkiej chorobie - więc pewnie zdążył się pożegnać, załatwić ostatnie sprawy, stracić nadzieję na wyzdrowienie, dotknąć dna rozpaczy... Nie wydarzył się cud, co więcej - jego przyjaciel Jezus nie towarzyszył mu w tych ostatnich chwilach. A przecież wiedział... Gdyby tu był... Podobno nadzieja umiera ostatnia... Potem - to samo. Cisza - i wieczny odpoczynek. Ciemna pieczara i ciasno owinięte bandażem ciało. Więzy śmierci i pęta otchłani.Martwa cuchnąca skorupa, w której nie ma już ani odrobiny życia - leży bowiem od czterech dni w grobie

Zawsze ciekawiło mnie, co czuł wskrzeszony Łazarz... Wdzięczność? Radość? Niepewność? Czy był świadomy faktu własnej śmierci - czy wydawało mu się, że to tylko sen, z którego go obudzono? Co pamiętał? Ewangelia milczy... Bo tak naprawdę to nie on jest pierwszoplanowym bohaterem tej historii, ale Jezus, który poprzez przywrócenie mu życia objawia chwałę Bożą i udowadnia, że naprawdę jest zmartwychwstaniem i życiem, a kto żyje i wierzy w Niego, nie umrze na wieki...

Może czujesz się porzucony, samotny, niechciany... może wydaje Ci się, że wszystko już się skończyło... może ciężar, który niesiesz, przygniata Cię do ziemi tak bardzo, że ledwo oddychasz... może wszyscy wokół Cię zawiedli... może Twoje serce już dawno umarło, a Ty dalej mechanicznie wykonujesz codzienne czynności...Nie ma takiej otchłani, z której Jezus nie mógłby Cię wyciągnąć. Nie ma takiej przeszkody ani takiego kamienia, który byłby w stanie Go powstrzymać. Nieważne, w jakich tarapatach się znalazłeś, w jakim grobie tkwisz - może już zupełnie pozbawiony nadziei, może niezdolny do jakiegokolwiek działania - On może Cię z niego wydobyć i udzielić ducha, byś ożył. Nie ma takiego grzechu, który mógłby sprawić, że Bóg przestanie Cię kochać...


 

sobota, 18 marca 2023

IV niedziela Wielkiego Postu, 19.03.2023r.

 Liturgia słowa: 1 Sm 16, 1b.6-7,10-13b; Ps 23, 1-6; Ef 5, 8-14; J 9, 1-41

Można patrzeć - i nie widzieć. Widzieć - ale nie dostrzegać. Oglądać - i nie zauważyć. Spojrzeć - i nie rozpoznać. Można czuć czyjąś obecność mimo zamkniętych oczu, ale można też mieć je szeroko otwarte, a i tak przegapić swój przystanek, kolejny zachód słońca, łzę spływającą po ukochanym policzku... Oczy są zwierciadłem duszy - w delikatnym drgnięciu powiek, iskierkach światła w źrenicach, zmrużonych kącikach kryją się wszechświaty emocji, uczuć, myśli. Można przejrzeć się w czyichś oczach jak w lustrze, bo odbija się w nich echo naszych słów. Jednym spojrzeniem można uciszyć hałas, wbić komuś sztylet prosto w serce, dotknąć czegoś, co do tej pory było schowane gdzieś głęboko, poza zasięgiem wzroku. Jednym spojrzeniem można wyrazić zachwyt, podziw, uwagę; dodać odwagi i otuchy; pocieszyć i zapewnić jestem z tobą. Oczy wysyłają sygnały - porozumiewawczym mrugnięciem można wyrazić wspólne stanowisko, określić stosunek do jakiejś sprawy, poprosić o głos, ocenić - ale odbierają również bodźce z otaczającego nas świata, by wzbudzić zachwyt lub odrazę, zbudować lub zasmucić... 

Tak często oceniamy - ludzi, sytuacje, rzeczywistość - przez pryzmat tego, co widzimy. I tak łatwo ulegamy złudnemu przekonaniu, że to, co widzimy, jest tym, czym jest naprawdę. Nasz zmysł wzroku staje się jedynym punktem odniesienia, jedynym źródłem wiedzy o świecie... A przecież wystarczy założyć różowe okulary i wszystko się zmienia - drzewa i ulice, ludzie i niebo zmieniają barwę, tracą ostrość... trudno zauważyć granice i szczegóły, świat staje się nagle zupełnie inny, nowy, nieznany. Uzbrojonym okiem można dostrzec to, czego na co dzień nie widać - mikrokosmos komórek, życie tak małe, że niemal niewidoczne. Może więc nie należy tak bardzo ufać swojemu wzrokowi? Może warto dać sobie szansę na inne spojrzenie, założyć - lub zdjąć - okulary, zmienić perspektywę...?

...nie tak bowiem, jak człowiek, widzi Bóg, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce. Tylko On potrafi patrzeć tak, żeby widzieć naprawdę. Tylko On przenika serce, by wydobyć z niego to, co schowane najgłębiej, często nawet przed Tobą samym, wyciągnąć na światło dzienne i uwydatnić Twoje piękno. Bo w Jego oczach - patrzących zawsze z miłością - jesteś piękny, choć Ty możesz w sobie widzieć tylko to, co najbardziej rzuca się w oczy, jak rude włosy Dawida. Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu a żadna ciemność, żaden mrok nie zdoła przesłonić oczu Boga. On wie, kiedy przechodzisz przez ciemną dolinę, a gdy jesteś zmęczony pozwala ci leżeć na zielonych pastwiskach. Chce zdjąć bielmo z Twoich oczu, zbudzić Cię z głębokiego snu, by zajaśniał Ci Chrystus, żebyś zobaczył Go i rozpoznał. 

Jak patrzysz - na siebie, na innych, na świat? Co widzisz? Pozwól Jezusowi, by uzdrowił Twój wzrok, by nauczył Cię patrzeć swoimi oczami, byś rozpoznał Go w swojej codzienności. Wiara rodzi się ze spotkania z Tym, którego widzisz i który mówi do Ciebie...







 

sobota, 11 marca 2023

III niedziela Wielkiego Postu, 12.03.2023r.

 Liturgia słowa: Wj 17, 3-7; Ps 95, 1-2.6-9; Rz 5, 1-2.5-8; J 4, 5-42

Woda jest w ciągłym ruchu. Podskakuje na nierównym kamienistym dnie, z hukiem rozbija się kaskadą wodospadu, sączy się pomiędzy zbutwiałymi liśćmi i cicho snuje swoją opowieść meandrując pośród pól, łąk i lasów... Napełnia dzbany, dzbanki, konewki i czajniki. Pluszcze deszczem o rynny, rozpryskuje się na szybie, odbija się od asfaltu. Skrapla się łzami na zaparowanym szkle albo powoli spływa po ciepłym policzku rysując krzywe linie... Kiedy byłam mała, chciałam ją zatrzymać - na górskich potokach budowałam tamy z kamieni i patyków, by choć na chwilę zapanować nad tym żywiołem, ujarzmić go - zawsze jednak to rzeka zwyciężała. Jej szybki nurt unosił w dal fragmenty mojej konstrukcji tak, jakby chciał mi pokazać, że nie wszystko można powstrzymać, nie nad wszystkim zapanować, nie zawsze mieć kontrolę - ale też, że na początku wystarczy mała szczelina przepuszczająca wodę, drobna nieszczelność, niedokładność, szansa jedna na sto, by tama została przerwana... I jak echo powraca pytanie czego pragniesz... czego tak naprawdę pragniesz...

Pragnąć to więcej niż chcieć. Pragnienie sięga głębiej - jest jak studnia pośrodku pustyni. Woda z wierzchu jest brudna, mętna, zastała i lekko ciepława... trzeba trochę jej wylać, by kolejne wyciągnięte z trudem wiadro wypełniała ta krystalicznie czysta, świeża, chłodna... Potrzeba determinacji, by dotrzeć do głębi - ale tylko ona może zaspokoić rzeczywiście pragnienie. O wiele łatwiej zatrzymać się na powierzchni - wyciągnąć jedno wiadro wody, by stwierdzić, że nie nadaje się do picia i szukać innej studni, gdzieś dalej, w bardziej przyjaznym otoczeniu... Tak łatwo odejść, gdy coś nie spełnia naszych oczekiwań od razu... tak łatwo zniecierpliwić się, ze złością rzucić wiadro, przerwać rozmowę w pół zdania, gdy padają niewygodne słowa... 

Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął... Każdy, kto przyjdzie tylko po to, żeby dostać to, czego chce, ciągle będzie szukał spełnienia swoich potrzeb, pragnień, zachcianek... Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki... bo tylko ten, kto sięgnie głębiej, kto pozwoli Jezusowi wypełnić swoje pragnienie, kto w Nim dostrzeże prawdziwe źródło wody żywej i przyjmie w pokorze Jego łaskę nie będzie już nigdy pragnąć. Tylko On może wypełnić pragnienie...

Jesteś tu dziś - stoisz przy pradawnej studni Jakuba. Jest tu też On - może nie rozpoznajesz Go wcale, może wydaje Ci się zwykłym wędrowcem, przybyszem z obcych stron, w Twojej krainie. Jak co dnia przyszedłeś po wodę. To spotkanie może przebiec w milczeniu - nie zareagujesz na Jego słowa daj mi pić, bo wydadzą Ci się jakieś nie na miejscu, może zbyt władcze... może udasz, że nic nie słyszałeś i skupisz się na wyciąganiu wody. Może jednak dasz się wciągnąć w rozmowę - na początku przypominającą zwykłą pogawędkę, wymianę poglądów... A może sięgniesz jeszcze głębiej - a właściwie pozwolisz Jemu, by poprowadził Cię dalej, byś stanął w prawdzie przed sobą i wobec Niego - a wtedy On objawi Ci, że jest Mesjaszem, Zbawicielem świata... Wie o Tobie wszystko - i ciągle Cię kocha. Chce, żebyś odnalazł w Nim swoje źródło.

Wystarczy malutka szczelina, jedno Twoje słowo, jedna reakcja - wcale nieoczywista - by miłość Boża rozlała się w Twoim sercu... pozwól Mu wejść w Twoje życie, Twoją codzienność. Zajrzyj dziś razem z Nim w głąb studni, pozwól Mu mówić do Ciebie i przyjmij z Jego rąk wodę żywą - bo tylko ona ugasi Twoje pragnienie...



IV niedziela Adwentu, rok A

  Liturgia słowa: Iz 7, 10-14; Ps 24, 1-6; Rz 1, 1-7; Mt 1, 18-24 Jako mała dziewczynka kochałam zaśnieżone ulice, białe zaspy na chodnikach...